sobota, 20 czerwca 2026

Jadę do...


 

 "Do Australii jadę, do Australii,

jak tu stoję, zaraz jutro rano.

Do kangurów, do antylop, lian i

do tubylców, autentycznych kanibali "

 

Tak śpiewał kiedyś  Jan Kaczmarek.

Mogłabym śpiewać:  "Do Wnuczki jadę, do Wnuczki...!"

Co prawda, mam trochę bliżej, ale jednak...

Idę najpierw. Na krańcówkę (to po łódzku), czyli pętlę (to po polsku)

Tramwaj stoi. Odjazd za 4 minuty - informuje tablica. Informacyjna.

Tramwaj rusza.

Głośnik ogłasza: "linia numer... kierunek..."

Zgadza się. Kierunek dobry.

Najważniejsze, to obrać dobry kierunek.

Jadę.

Czytam.

Jadę.

Dłonią się wachluję, bo gorąco.

Czytam.  Rzecz o więzieniach polskich.

Skręcam. Znaczy, tramwaj skręca. 

Przez okno wyglądam.

Czytam.

Stuka ktoś w moje siedzenie z tyłu.  Chłopczyk. Nudzi się.

Jego brodaty tatuś rozmawia z niebrodatym kolegą o czymś, co jest "pier...lone". Mam nadzieję, że chłopczyk bardziej  zajęty  jest stukaniem w moje siedzenie, niż słuchaniem. 

Wsiada starszy pan. Tatuś zgania synka z fotela.  Pan siada. Chłopczyk zaczyna się huśtać na poręczy. Nudzi się. Co jakiś czas trąca  mnie w ramię. Nie szkodzi. Nudzi się.

Jedziemy.

Starszy pan za mną puszcza bąki.

Chłopczyk się huśta.

Tramwaj zgrzyta.

"Tata, pilnujesz przystanków/"- pyta chłopczyk

"Pilnuję, pilnuję, nie zostawię cię tu"

- Jakby został, to by się zgubił - mówi Brodaty do Niebrodatego- Jedenaście lat ma i nie zna swojego adresu!

Szok! Przypomina mi się Mateusz P. , który w wieku 5-ciu lat zapytany o nazwisko, recytował kompletne dane, łącznie z numerem ulicy i mieszkania.

Wysiadają. Brodaty z Niebrodatym i z chłopczykiem. 

Starszy pan też wysiada. Na szczęście.

W ogóle coraz puściej się robi.  

"Następny przystanek- Zajezdnia... "- wygłasza głośnik.

 Koniec trasy. Koniec jazdy. 

Czas przejazdu: 56 minut. 

Jednak bliżej niż do Australii!!! 

Do Australii jadę, do Australii
Jak tu stoję, zaraz jutro rano
Do kangurów, do antylop, lian i
Do tubylców, autentycznych kanibali

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/jan-kaczmarek/do-australii
Do Australii jadę, do Australii
Jak tu stoję, zaraz jutro rano

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/jan-kaczmarek/do-australii
Do Australii jadę, do Australii
Jak tu stoję, zaraz jutro rano
Do kangurów, do antylop, lian i
Do tubylców, autentycznych kanibali

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/jan-kaczmarek/do-australii
Do Australii jadę, do Australii
Jak tu stoję, zaraz jutro rano
Do kangurów, do antylop, lian i
Do tubylców, autentycznych kanibali


Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/jan-kaczmarek/do-australii
Do Australii jadę, do Australii
Jak tu stoję, zaraz jutro rano
Do kangurów, do antylop, lian i
Do tubylców, autentycznych kanibali

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/jan-kaczmarek/do-australii
Do Australii jadę, do Australii
Jak tu stoję, zaraz jutro rano
Do kangurów, do antylop, lian i
Do tubylców, autentycznych kanibali


Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/jan-kaczmarek/do-australii
Do Australii jadę, do Australii
Jak tu stoję, zaraz jutro rano
Do kangurów, do antylop, lian i
Do tubylców, autentycznych kanibali


Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/jan-kaczmarek/do-australii

niedziela, 14 czerwca 2026

Wnuczka

 


Wnuczka.

Ma 10 dni.

- Zrób dzióbek dla babci! - mówi Syn

Wnuczka robi dzióbek.

Wierci mi się na rękach. Śpiewam dla niej o królu, co to żył z paziem i królewną wśród róż. 

Może te róże ją przekonują, bo zasypia. Śpi.

Włosy i rzęsy, jak złote niteczki jedwabiu.

Zaciska wiotkie paluszki na moim kciuku. Paluszki z najprawdziwszymi miniaturkami paznokietków. 

Śpi. I śpi.

Odkładam ją do wózka. 

Nie jest zadowolona. 

Dno wózka twarde, zimne, wózek nie oddycha, nic w nim nie burczy, jak w brzuchu u babci. Wózek nie jest dobry.

Czas na rewoltę. Czas na jedzenie. Czas, czas, czas!!!

Mleko jest dobre. 

Mama jest dobra.

Cium, cium. Mlask. 

Tata jest dobry.  Oddycha. Kołysze. Otula. 

Śpi. Znowu. 

Pa, pa, Babciu.

Pa, pa, Wnuczko.

Do następnego.

sobota, 6 czerwca 2026

Rozalka Olaboga


 

"W wodzie po kolana stała dziewczynka. Obca jakaś, chyba nietutejsza. Była w płaszczu i w berecie, a w ręku trzymała walizkę. Chyba wcale nie zdawała sobie sprawy z tego, że stoi w wodzie, bo brzeg płaszcza dotyka już powierzchni fali, a walizka po prostu sobie tańczy na wodzie, i gdyby dziewczynka jej nie trzymała mocno, na pewno walizka odpłynęłaby do samego Gdańska."

 "Dziewczynka powoli otworzyła oczy. Nad nią schylały się duże płowe wąsy, a ponad nimi uśmiechały się jasne przymrużone oczy.
—  Skąd jesteś?
—  Z Krakowa.
—  Co tu robisz?
—  Przyjechałam.
—  No, widzę, że przyjechałaś, ale po co? Do kogo?
—  Szukam pracy. Proszę pana, czy pan ma gospodynię? Bo ja umiem robić jajecznicę i naleśniki. A może pan szuka żony? Mogłabym się zgodzić i za żonę. Bo ja, bo ja strasznie nie chcę chodzić do szkoły."

"—  Jak się nazywasz?
—  Rozalka. A pan?
—  Słuchaj no, Rozalka, dam ci śniadanie, ale potem zaraz odstawię cię na milicję. Bo taki jest mój obowiązek.
—  Dobrze, proszę pana. Ale ja tam i tak przewrócę wszystko do góry nogami!
—  Jak to?
—  Zwyczajnie. Ciotka Adela mówi, że ja zawsze wszystko przewracam do góry nogami. Pierwszy raz jak uciekłam — to też mnie odstawili na milicję. Milicjant był nawet miły, trochę podobny  do  pana,  tylko  brzydszy, bo nie miał takich ładnych wąsów. I z tym milicjantem graliśmy w zapałki do dwunastej  w nocy.  Ale potem przyszła kobieta milicjantka i zabrała mnie. A ten milicjant nawet żałował, bo dobrze nam szło. Czy pan umie grać w zapałki?
—  Nie.
—  Nauczę pana."


"—  Tak, córeczka jest grzeczna, chociaż... trochę nerwowa, niespokojna. Pani wie, jak to bez matki...
—  A kiedyż ją pani przywiezie?
—  Już jest, już przyjechała. Jest na dworze.
—  Na taki wiatr? Przeziębi się jeszcze. A jak jej pani dała na chrzcie?
—  Rozalia.
—  Ładne imię. Takie trochę kwiatowe. Ale to dobrze, dziewczynka musi być jak kwiatek."

 

"W dachu szopy, która stała naprzeciw domu, z trzaskiem otworzyło się okienko.
Z otworu wysunęły się ręce. Uczepiły się dachówki i oto zaczęła się pojawiać jakaś głowa. Ku przerażeniu pani Bożkowej była to głowa Różyczki.
W otworze dachu pojawiły się następnie jakieś gołe kolana i na pochyłej powierzchni dachu stanęła kuso ubrana dziewczynka, której nogi wydawały się jeszcze dłuższe, niż były, i jeszcze cieńsze, niż być powinny.
—  Co to? Kto to? — zapytała zdumiona Kwietniowa.
—  To właśnie Rozalka.
Zapanowała cisza. Pani Bożkowa myślała ciągle: „Boże, Boże!" — i była pewna, że popełniła coś strasznego i że za chwilę niebo zawali się na Rozalię, na dach szopy i na osłupiałą panią Kwietniową. Dziewczynka podniosła ręce, jakby chciała ulecieć z dachu w powietrze.
—  Rozalka! Olaboga! — krzyknęła Kwietniowa."

Cytaty z książki "Rozalka Olaboga" Anny Kamieńskiej

 

No i cóż?

My też mamy Rozalkę. 

Dziewczynkę o kwiatowym imieniu.

Czterdzieści trzy lata temu cieszyłam się z mojej Córki. Teraz jaśminy pachną dla mojej Wnuczki.

Piękny czerwiec!

piątek, 29 maja 2026

Do kogo jestem podobna?

 

Do Matki? Do Tatki?

Otóż do sąsiadki!

 

Co jakiś czas ktoś na osiedlu  uśmiecha  się do mnie, kłania się albo macha ręką na powitanie.

Już się nie dziwię. 

Co jakiś czas  skonfundowany ktoś tłumaczy: "przepraszam, podobna pani do mojej sąsiadki"

 

Zastanawiałam się, kiedy spotkam ten mój sobowtór.

Powinnam się  rozpoznać  chyba ...

Nic i nic.

 

Aż tu (jak zwykle) nagle...!

Przeglądałam sobie zdjęcia z wydarzenia, na którym byłam.  

Patrzę, jest!

Taka smutna Pani, którą czasem mijam na ulicy. Chodzi statecznie, nie uśmiecha się,  włos siwy, okulary. Jej myśli w chmurach, w oczy nie patrzy. Cóż, taka raczej nieładna.

 

Patrzę i patrzę. 

Siedzi. W drugim rzędzie. 

Z przodu ta dziewczynka z kitkami, co ciągle przede mną się kręciła. Obok tej siwej w drugim rzędzie inna dziewczynka, w sukience w serduszka.  Dotykała mojego ramienia.

Patrzę i patrzę. Nie wierzę! Ta siwa, to ja przecież!!

O matko i córko!

 

Na szczęście ja się uśmiecham do ludzi mijanych na ulicy, a oni oduśmiechają się z niedowierzaniem. 

Następnym razem uśmiechnę się do smutnej  Sąsiadki w okularach. 

Zobaczymy... 


 

 

niedziela, 24 maja 2026

"Przejścia"


 
"Przejścia", to tytuł najnowszej książki Natalii de Barbaro.

Podtytuł : Którędy do miłości? 

Chciałoby się odpowiedzieć: po nitce do kłębka 

 

Książki wysłuchałam. 

Zachwytu brak.

Za dużo w niej słów, za dużo  metafor,  porównań, za dużo analiz.

Za dużo pływania po meandrach duszy.

 

Podoba mi się powiedzenie "do brzegu" 

Lubię gęste. Bez nadmiaru przypraw.

Przypomina mi się, jak dawno temu, w ferworze radosnej kulinarnej twórczości gotowałam rosołek dla mojej małej córeczki i postanowiłam doprawiać go "do smaku". Troszkę majeranku, a to lubczyku, a może tymianku. Mniam.

Dobrze, że spróbowałam przed podaniem, bo pewnie rozchorowałabym moje radosne dziecko.

Gorzkie to było, jak najgorsze lekarstwo.

 

Lubię gęste. Lubię treściwie. Jakość nad ilość.

Nie lubię wodnistych zup i wodnistych treści. 

Tak, wiem, że niektórzy lubią, a gęste staje im w gardle.  

Wiadomo -  De gustibus ...

 

Ale, nie o jedzeniu miałam pisać.

Bratowa zapytała mnie, czy znalazłam w książce coś dla siebie.

Nie mogłam sobie przypomnieć...

 

Aż tu nagle...  Jak zwykle.

Wzrok mój zahaczył o ostatnie zdanie, ostatniego posta.

I. Wiem.

Osobą, dla  której jestem najważniejsza na świecie, jestem ja sama.

Olśnienie?

Banał.

Oczywistość.

Osoby, które podróżują samolotami, dobrze to wiedzą, bo powtarzają im to przed każdym startem stewardesy. Może nie wprost, ale jednoznacznie - załóż maskę z tlenem najpierw sobie, później pomagaj innym, jeśli możesz.

Wiedzą, ale i tak nie wiedzą. Tego o sobie.

Ta myśl  olśniewająca dopadła mnie w byle jakim miejscu, obok myjni samochodowej, na zaśmieconym chodniku. 

A ja, właśnie tam, w oparach kurzu i przy akompaniamencie klaksonów, odnalazłam swoje przejście.   


poniedziałek, 11 maja 2026

To było tak...



"To było tak, to było tak,Przyjęcie nudne się kończyło,Gdy nagle się ukazał  w drzwiach!To było tak, to było tak,Na alarm serce mi zabiło,Na jego widok ktoś  szepnął „ach",A we mnie coś szepnęło: tak!
 
Cały długi dzień, marzyć czekać śnić,By na krótką noc z tobą jednym być,Gdy za oknem słota...Tonąć dwojgiem ciał, w jednym wspólnym śnie,Gdy za oknem deszcz cicho szepce że,Listopad...Nie potrzeba słów, słowa śpiewa wiatr,Zegar żegna gdzieś, odchodzącą w światGodzinę...Caluteńką noc z tobą jednym być,Żeby potem móc tym wspomnieniem żyć,Żeby potem móc tym wspomnieniem żyć..."
 (śpiewał B. Łazuka)
 
Wiecie jak to było?
-Wiemy, wiemy...!!!
-No to, posłuchajcie. 
 
To było w maju. 11-go maja. Dawno, dawno temu.
Wiał wiatr i targał fryzury.
Nie było za ciepło, wszyscy chodzili w płaszczach.
Wcale mi się nie chciało jechać. 
Wcale.
Wcale to nie było od pierwszego wejrzenia.
Tak sobie mi się podobał.  
Poprosił o numer telefonu, to mu podyktowałam. Ale nigdzie nie zapisał. A trzeźwy, to całkiem nie był. Miałby zapamiętać?
Więc dalej byłam sama i samotna. 
Do następnego dnia, gdy pani Ania, sekretarka, zakrzyknęła na całą poradnię:
-Pani Basiu!! Telefon!!
 
A potem było, jak u Gałczyńskiego, który wybaczy mi na pewno tę małą parafrazę:
Tyle razem dróg przebytych.
Tyle ścieżek przedeptanych.
Tyle deszczów, tyle śniegów
wiszących nad latarniami.

Tyle w trudzie nieustannym 
wspólnych zmartwień,
wspólnych dążeń,
Tyle chlebów rozkrajanych.
Pocałunków, schodów, książek.
Twe oczy, jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia.
Więc ja pragnę  Twoje serce 
ocalić od zapomnienia.

Teraz.
Znowu.
Nie jestem dla nikogo najważniejsza na świecie.  
 
 
 
 
To było tak, to było tak
Przyjęcie nudne się kończyło,
Gdy nagle ukazała się we drzwiach!
To było tak, to było tak -
Na alarm serce mi zabiło,
Ktoś na jej widok szepnął "ach",
A we mnie coś szepnęło tak:

Cały długi dzień marzyć, czekać, śnić,
By na krótką noc z tobą jedną być
Gdy za oknem słota.
Tonąć dwojgiem ciał w jednym wspólnym śnie,
Gdy za oknem deszcz cicho szepce, że
Listopad.
Nie potrzeba słów, słowa śpiewa wiatr,
Zegar żegna gdzieś odchodzącą w świat
Godzinę.
Caluteńką noc z tobą jedną być,
Żeby potem móc tym wspomnieniem żyć,
Żeby potem móc tym wspomnieniem żyć.

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/bohdan-lazuka/to-bylo-tak

niedziela, 10 maja 2026

Benefis

 

Byłam na benefisie.

Rozczarowałam się.

Benefisanta mało było widać i słychać.

Kiedy już mówił, to głównie o swoich gościach, którzy mieli za zadanie uświetnić jego wieczór.

Goście natomiast mówili i śpiewali głównie o sobie. 

A przecież: 

"Benefis, to: koncert, przedstawienie teatralne organizowane w celu uczczenia długoletniej pracy jakiegoś artysty"

Cel: Uhonorowanie twórcy, pokazanie jego dorobku

Charakter: Retrospektywny, jubileuszowy, często w formie gali z udziałem przyjaciół i gości

Właśnie tego czczenia pracy i pokazywania dorobku mi zabrakło. 


I tak sobie pomyślałam - a gdyby to był mój benefis?


Wyglądałby tak:

Siedziałabym sobie na honorowym miejscu.

Liczni krewni i znajomi z różnych okoliczności mojego życia opowiadaliby o mnie miłe rzeczy - o tym, co razem przeżyliśmy, czego się ode mnie nauczyli, czym ich zaskoczyłam albo rozśmieszyłam, albo może nawet wzruszyłam.

Teatr "Seniorek" dałby popis przy pomocy Pana Poczty.

Kochany Wnuczek przeczytałby wypracowanie pod tytułem "Moja Babcia kochana"

Kochana Bratanica z kochanym BratankoZięciem zaśpiewaliby  wiadomą pieśń o Basi, Basi. 

A ChrzestnyWnuk Jakub zagrałby pięknie  o tych dniach, których jeszcze nie znamy.

No! Piękny to byłby benefis!